Dynastia Stelmetu i reszta – obraz po sezonie

52771Cztery mistrzostwa w pięciu sezonach, panowanie Stelmetu Zielona Góra w polskiej lidze to już prawdziwa dynastia.

Osiem dni przerwy. Tyle przed finałem miała drużyna z Torunia na przygotowanie się do finału, tak długi odpoczynek był wynikiem wygranej w trzech meczach z Czarnymi Słupsk, zaś Stelmet w tym czasie toczył pięciomeczową bitwę z Stalą Ostrów Wielkopolski. Zielonogórzanie zaczęli finały od dwóch przekonywujących zwycięstw, w których łączna różnica wynosiła aż czterdzieści punktów. Seria ta wcale nie musiała skończyć się w piątym meczu, Toruń prowadził w nim już osiemnastoma punktami, mimo to Mistrz otrzepał się z kurzu i pokazał serce, wrócił do gry, aby na końcu spić szampana wina na Starym Rynku, bo to Winny Gród przecież!

Mimo wszystko – misja wykonana

Krytykę z każdej strony przyjmował na swoje barki Artur Gronek. Jego drużyna w samej rundzie zasadniczej przegrała siedem z szesnastu meczów na wyjeździe (jeden walkowerem), zaś w fazie pucharowej cztery z sześciu. Słaba dyspozycja poza domem skutkowała drugą pozycją po rundzie zasadniczej i tylko dzięki wtopie Anwilu w Play-off Stelmet miał przewagę parkietu po swojej stronie w finale.

52767

Artur Gronek jest najmłodszym trenerem-mistrzem w historii ligi (fot. Andrzej Romański)

Od oceny pracy Artura Gronka są inni, jednak warto zaznaczyć fakt, że to było jego pierwsze podejście jako pierwszy trener zespołu, w dodatku w drużynie broniącej tytułu Mistrza Polski. Nie jest to wcale łatwe zadanie będąc w tak nerwowym środowisku (choćby Andrzejowi Adamkowi się to nie udało), gdzie z każdej strony czai się krytyka, tym bardziej będąc następcą Saso Filipovskiego. Gronek obronił tytuł, podołał zadaniu, teraz może wziąć głęboki oddech i ruszyć dalej.

Niezniszczalny Koszar i Midas Zamoj

O dziewiątym, rekordowym, mistrzostwie Przemysława Zamojskiego pisali wszyscy, ale obok niego, Vladimira Dragicevicia, Armaniego Moore’a, Jamesa Florence’a i innych był jeszcze jeden gość! Czas płynie nieustannie, a Łukasz Koszarek nadal jest jokerem w Polsce. Bywa – jak wczoraj – że nie wejdzie dobrze w mecz (pierwsze punkty w drugiej połowie), ale gdy trzeba to wygrywa końcówki, bądź ratuje drużynę w krytycznych momentach. Tym razem trafił ważny rzut za trzy, który w dużej mierze zdecydował o Mistrzostwie.

Do trzech razy sztuka

Po dwóch przegranych finałach (w 2007 i 2008) przeciwko Prokomowi odszedł ze Zgorzelca, aby grać głównie w Hiszpanii (zaliczył też epizod w Rosji). Wrócił, nie do przygranicznego miasta, a do oddalonej o sto kilometrów Zielonej Góry. Wrócił by zdobyć mistrzostwo kraju, którego jest obywatelem, który reprezentował na Mistrzostwach Europy. To już nie był ten Tomek, który na parkiecie był człowiekiem orkiestrą, to był element układanki z określoną rolą na parkiecie, rolą mordercy zza linii 6,75 metra czego dowodem jest 48,5% skuteczność za trzy. Udało się za trzecim razem wygrać finał, a w decydującym meczu niesamowitym rzutem poderwał całą drużynę i wszystkich kibiców do ponownej walki. Zobaczmy to jeszcze raz!

***

Jednak gdzieś poza walką o mistrzostwo dzieją się inne rzeczy. Kluby zbierają budżety, zatrudniają nowych trenerów, przedłużają kontrakty, budują nowe drużyny. Jest też druga strona medalu, jak niepewność w jutro. Do rzeczy. Co słychać u reszty ligowej stawki?

Słowo o poległych

Turów Zgorzelec i Anwil Włocławek. Oba zespoły zawiodły w decydujących momentach. Turów bez Play-off, Anwil bez medalu. Tłumaczenie przyczyn co nie zafunkcjonowało w playoffowej przygodzie Rottweilerów trwałoby tyle ile trwa wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej. A może przyczyna jest prosta? Zawodnicy Igora Milicicia nie wytrzymali ciśnienia? Bezradność w ich grze była widoczna w każdym z pięciu meczów serii ćwierćfinałowej. Czarni mający w rotacji głównie siedmiu zawodników dyktowali tempo każdego spotkania. Ta piękna tragedia we Włocławku była najciekawszym wydarzeniem sezonu.

Z tarczą, ale niepewnym wzrokiem w przyszłość

Nękani przez zawirowania w zespole, problemy w strukturze organizacyjnej klubu zdołali zająć w lidze czwarte miejsce. Olbrzymi sukces. Czarni Słupsk wraz z Toruniem są największymi wygranymi tego sezonu. Drużyna Robertsa Stelmahersa była największym zagrożeniem dla każdego z rozstawionych zespołów w Play-off i w pierwszej rundzie odesłała Anwil Włocławek na wakacje, był to pierwszy przypadek w historii ligi, w którym to zwycięzca rundy zasadniczej odpadł w ćwierćfinale. Jednak po pozytywnym zakończeniu sezonu przyszedł czas na refleksję, czy Czarni w ogóle wystartują w przyszłym sezonie w Ekstraklasie? Energa po dwunastu latach zdecydowała się rozstać z tym klubem. Trwa walka o byt Czarnych, pozostaje wierzyć, że jej finał będzie pozytywny. Niestety fakt, iż z budowy nowej hali w Słupsku nici, nie nastraja zbyt dobrze.

 

Transferowy flesz

Jeszcze przed walką o medale drużyny zaczęły kompletować swoje składy. Legia Warszawa postanowiła przedłużyć współpracę z Piotrem Bakunem, który wywalczył upragniony awans dla stołecznego klubu. W Słupsku i Włocławku panuje niezręczna cisza. Krosno przywraca Marcina Srokę do Ekstraklasy i ściąga kolejnego (po Czerapowiczu) reprezentanta Szwecji – Antona Gaddeforsa. Marcin Dutkiewicz po siedmiu sezonach w pomorskich klubach przenosi się do Lublina. Mija Bogicević po siedmiu latach wraca do Polpharmy. Krzysztof Szubarga zostaje w Gdyni, Marcin Flieger w Starogardzie, a Michał Sokołowski w Radomiu, pozostawienie tych zawodników w swoich szeregach jest transferowym sukcesem wymienionych drużyn.

A co z Koszalinem?

W porównaniu do lat poprzednich – dzieje się. Przypomnę, że to pierwsza budowa zespołu za kadencji Leszka Dolińskiego. Z reguły w tym okresie mieliśmy tylko głównego szkoleniowca. Na ten moment mamy cały sztab trenerski i sześciu zawodników. Polski skład wygląda obiecująco choć jeszcze nie w komplecie. Jeszke, Dłoniak, Stelmach i Wadowski to zawodnicy, którzy będą odgrywać znaczące role w zespole, a to już jest komfort dla trenera Szczubiała, którego nie miał w poprzednich klubach. Na brak Polaków do meczowej piątki narzekać nie może. Sprowadzenie Szymona Kiwilszy to wisienka na jeszcze niegotowym torcie dla koszalińskich kibiców, choć nie spodziewajmy się, że będzie często pojawiać się na parkiecie, raczej będzie to marginalna rola, którą będzie dzielić z Arturem Pabiankiem. Bądź co bądź, jak wspomniałem, jest obiecująco, a jeśli ktoś twierdzi, że tak nie jest, to zapomniał w jakich realiach funkcjonuje nasz klub i jakimi środkami dysponuje. Radzę wziąć głęboki oddech. Jest…nieźle!

Fotografia tytułowa pochodzi z oficjalnej strony Polskiej Ligi Koszykówki

Dawid Górecki (dawg)