Orły jak nie orły. Trefl wyjeżdża z tarczą

71Koszalin jest miastem świątecznym, co to znaczy? Jest to miasto, które szczególnie odżywa w okresach takich jak ten, między świętami Bożego Narodzenia, a końcem roku. Miasto zaczyna tętnić życiem, w rodzinne strony na urlopy zjeżdżają się osoby pracujące na co dzień poza miastem. Podobnie studenci, którzy zjeżdżają z ośrodków akademickich oczyścić umysł i napełnić słoiki przed zbliżającą się wielkimi krokami zimową sesją. Sklepy i ulice są przepełnione, a entuzjazm unosi się w powietrzu. Jednym ze skutków takiego obrotu wydarzeń jest choćby ponad dwutysięczna publika zgromadzona na meczu koszykówki drużyny, która jest na piętnastym miejscu w tabeli Polskiej Ligi Koszykówki.

Koniec socjologicznych wycieczek. Po takich meczach zawsze ciężko napisać cokolwiek będąc jeszcze pod wpływem resztek emocji, które w większości opadły podczas powrotu z hali do domu. Świąteczne porządki poskutkowały „uporządkowaniem” gdzieś akredytacji na mecze AZS-u, co pozwoliło mi z patosem i beztroski sposób rzucać mięsem na lewo i prawo, nie przeszkodziło to w skrywaniu się gdzieś z tyłu głowy zapowiedzi wygranej z Treflem. Zdyszany dotarłem na sektor, który tego dnia wyglądał bardzo okazale. Wynik dziewięć do pięciu. Dla nas. Wychodzi nam wszystko, super układa się gra zespołu z Danielem Wallem, który przoduje w zdobyczach punktowych, a i nawet te rzuty za trzy wydawały się być rzeczą, która przychodzi z dużą łatwością. Ktoś na trybunach z każdą kolejną udaną akcją krzyczał „Orły Ignatowicza”, zabawa trwała w najlepsze, „tym razem zwyciężymy bez męczarni”, tak myśleli zgromadzeni w HWS.

Dwie godziny przed spotkaniem mówiłem znajomym, że wygramy dwunastoma punktami, na dwunastu zatrzymało się nasze największe prowadzenie (29:17), do tego momentu oglądało się naszych koszykarzy z przyjemnością, jakby był to zwiastun lepszego AZS-u na przyszły rok. Niestety, scenariusz był podobny do tego z meczu z inną Trójmiejską drużyną w tym sezonie. Pamiętacie popis Alvina Browna (Alvin gdzie jesteś?) w meczu z Asseco, po którym zaraz usiadł na ławce, a Akademicy zrobili jakże to często zdarzający się w tym sezonie przestój, który zdecydował o losach spotkania? Dziś było podobnie, tylko że wszystko zaczęło się psuć na pięć minut do końca drugiej kwarty, dodajmy na to bezradność pod własnym koszem, która zaowocowała aż piętnastoma zbiórkami w ataku przeciwnika. Piotrka Szczotkę zamienił Filip Dylewicz, a Krzysztofa Szubargę Anthony Ireland, który po swoich wjazdach na dwutakcie robił sobie miejsca tyle ile chciał, nie wspomnę o tym niecelnym rzucie za trzy i zbiórce w ataku. Klocki w zespole AZS-u nie układały się wcale. Widać to było choćby po jednym z czasów, kiedy to zespół próbując(?) grać jakąś zagrywkę, grał ją tak, że Jakub Zalewski biega od prawej do lewej strony parkietu nie dostając przy tym ani jednej zasłony, koniec końców oddaje niecelny rzut za trzy przez ręce obrońcy sopocian.

Tabela wyjątkowo się zacieśnia. W tej lidze niemal każdy wygrywa z każdym. Dzisiaj Rosa przegrała w Lublinie (wynik, o ironio, niemal identyczny jak w meczu z AZS-em), a Polpharma pokazuje, że ma patent na mecze w hali Gryfia, wygrywając w Słupsku. Czwarta drużyna ligi ma aż pięć porażek, jej wicemistrz legitymuje się bilansem 7-6, zaś AZS od ostatniej drużyny dzielą tylko dwa zwycięstwa. Coś tu jest nie tak. Panie Piotrze, grunt nie jest stabilny od jakiegoś czasu, a orły grają jak nie orły. Na pobudkę może być za późno.

Kończymy rok 2016 na tarczy, nowy otworzymy spotkaniem w Tarnobrzegu, zapowiada się niezła strzelanina. Siarka tylko raz rzuciła w tym sezonie ponad osiemdziesiąt punktów (AZS dwa). Banałem byłoby napisać, że zwycięstwo w Tarnobrzegu jest obowiązkiem. Pozostaje wśród noworocznych życzeń życzyć sobie lepszej gry naszego zespołu, który może i przegrywa heroicznie, ale dokłada też bardzo dużo od siebie by ułatwić rywalom zdobycie dwóch punktów.

Fotografia tytułowa pochodzi z oficjalnej strony klubu AZS Koszalin S.A. (www.azs.koszalin.pl)

dawg